Wędrówki górskie, rowerowe wyprawy, backcountry, podróże.

Banica, uroczysko Kanada, Wołowiec i kamieniołom pod Maguryczem Dużym.

Tym razem proponuję czytelnikom relację z późnomajowej przechadzki którą odbyłem w jednym z piękniejszych rejonów Beskidu Niskiego. A rejon ten znajduje się w południowo-zachodniej części rozległego Pasma Magurskiego. Krótko mówiąc są to okolice Wołowca i Banicy wraz z otaczającymi je górami i dolinkami.

Zbiornik wodny przy szlaku do Wołowca.

Trasa – jak to najczęściej u mnie bywa – z przyczyn praktycznych i komunikacyjnych przebiegała w formie pętli. Początek i koniec w tym samym miejscu, tzn. na parkingu nieopodal pomnika poległych lotników, przy drodze z Banicy do Krzywej i Jasionki.

Swoją wędrówkię rozpocząłem odcinkiem szlaku żółtego, do którego musiałem nieco podejść tak, aby kontynuować wędrówkę przez tereny dawnej, niewielkiej wsi – Banicy.

Łąki Banicy – zimą świetne do uprawiania narciarstwa biegowego.

Następnie przez uroczysko „Kanada”, wzdłuż przepływającego tamtędy i tworzącego malownicze meandry Banickiego potoku, aż do jego ujściu do Zawoi.

Stamtąd do cerkwi w Wołowcu, którą odwiedziłem kolejny, nie pamiętam już który raz. Także do sąsiadujących z nią obydwu cmentarzy. Następnie idąc przez wieś wzdłuż potoku Mareszka i trawersując czerwonym szlakiem porośnięte lasem zachodnie stoki Mareszki doszedłem do drogi łączącej Bartne z Banicą. Tam skręcając w stronę Banicy dotarłem do nowo oznakowenej na zielono ścieżki, która doprowadziła mnie do głównego punktu mojej dzisiejszej wycieczki. A punktem tym był nieczynny już od ponad 70-lat kamieniołom usytuowany na wschodnich stokach Magurycza Dużego.

Jedna z licznych ścian kamieniołomu na wschodnich stokach Magurycza Dużego.

Po obejrzeniu i spenetrowaniu kamieniołomu wspiąłem się na wierzchołek Magurycza Dużego aby później z jego szczytu pójść w stronę przełączki między Maguryczem Małym a Pętną Górą. Następnie trawersując narciarskim, niebieskim szlakiem wschodnie stoki Pętnej Góry osiągnąłem Banicką Górę skąd zszedłem do Banicy, gdzie odnajdując nieliczne ślady po tej dawnej wiosce, wróciłem do zaparkowanego samochodu.

Dolinką Banickiego Potoku do uroczyska Kanada.

Rozległe puste tereny, przez które będę teraz szedł zamieszkane były dawniej przez ludność pochodzenia rusińsko-wołoskiego nazywaną później Łemkami.  Zamieszkiwana przez nich Banica nigdy nie była ludną wioską. Jej zabudowania ciągnęły się równoleżnikowo, wzdłuż niewielkiego potoku mającego swoje źródła na południowo-wschodnich stokach Dziamery. Wioska założona była stosunkowo późno bo dopiero na początku XVII wieku. Banica (БАНИЦЯ) nie była samodzielną wioską lecz stanowiła jedność z sąsiadującą z nią Krzywą (КРИВА) i nieco dalej położoną Jasionką (ЯСЬОНКА)

Banickie łąki, z prawej góra Obszar.

Po II wojnie światowej, po tragicznych czasach związanych z działającym w okolicy oddziałem UPA i po ostatecznych, przymusowych wysiedleniach w 1947 roku, przez długi czas tereny Banicy pozostawały niezamieszkałe. Opuszczone domy z czasem zostały rozebrane przez pracowników PGR i nowych osadników z sąsiednich wsi, najczęściej na opał. Dopiero w połowie lat 70-tych XX wieku grupa studentów z Lublina zaopiekowała się jednym z ocalałych domów. Powstała w niej chatka studencka, którą później przejął Almatur. Po pożarze w 1997 r. na fundamentach tego schroniska powstał później Gościniec Banica – dzisiaj znane gospodarstwo agroturystyczne.

Właśnie dochodząc szutrówką z parkingu do żółtego szlaku po lewej ręce mijam budynek tego Gościńca. Dalej, równolegle z żółtym szlakiem PTTK  poprowadzona jest zimą trasa narciarska. Więcej o narciarskich szlakach w okolicach Banicy a także o samej miejscowości Banica pisałem w tym blogowym artykule:

Uroczysko Kanada.

Zarastającą trawą dróżką dochodzę do skraju lasu tuż przy dużym zakolu potoku gdzie znajduje się punkt węzłowy szlaków narciarskich.

Wejście do uroczyska Kanada i narciarski puknt węzłowy.

Tutaj zaczyna sie malowniczy odcinek owego potoku, który przełamuje się między górującym na południu Obszarem (685 m n.p.m.) a bezimienymi wzniesieniami (590 i 615 m n.p.m.) zamykającymi dolinke od północy. Ten urokliwy zakątek to uroczysko zwane Kanadą.

Prowadzi przez niego odcinek żółtego szlaku PTTK oraz szlak narciarski w kolorze zielonym.

Nie brakuje tu również tam zbudowanych przez bobry.

Trasa jest bardzo urokliwa urozmaicona wielokrotnym przekraczaniem płynącego potoku, które to przekraczanie ułatwiają drewniane mostki. Jest ich tutaj 8 ale niektóre z nich wymagają już odnowy.

Kilka lat temu, gdy nie było jeszcze tych ułatwień trzeba było sobie radzić przeprawiajac się na drugi brzeg brodami co przysparzało nieco emocji.

Lepiężniki i meander potoku.

O tej porze roku roślinność jest już dobrze rozwinieta, wokół zielono a brzegi potoku porastają łany lepiężnika, który powoli kończy już kwitnienie.

Wszechobecne lepiężniki.
Niewielka kaskada na potoku.

Po przejściu urokliwego odcinka docieram do drogi leśnej, którą prowadzi czerwony, Główny Szlak Beskidzki, tu na odcinku z Jasionki do Wołowca.

drewniany mostek
Ostatni z mostków obok brodu na drodze leśnej do Wołowca.

Po obu stronach wejścia do uroczyska Kanada Nadleśnictwo Gorlice postawiło tablice informacyjne o tym, że teren ten porasta tzw. Drzewostan Referencyjny. Znaczy to, iż jest to ekosystem leśny o charakterze rezerwatu, w którym zaprzestano działań o charakterze gospodarczym dla obserwacji naturalnych procesów zachodzących w lasach. I rzeczywiście widać, że działalności gospodarczej się tam nie prowadzi.

Chwali się to nadleśnictwu ale jednak takich obszarów jest w całym nadleśnictwie bardzo mało – bo zajmują one tylko 500 ha. Chcę tu dodać, że zaraz po wyjściu z tego niewielkiego obszaru chronionego widać niestety „prawdziwą” w tych czasach działalność LP.

Z biegiem Zawoi pod cerkiew w Wołowcu.

Wzdłuż drogi leśnej, którą dalej idę wije się dość szeroki tutaj potok Zawoja. Po lewej stronie drogi zatrzymuję się przy niewielkich zbiornikach wodnch, których zadaniem jest gromadzenie wody tak, aby przeciwdziałać odpływowi wód opadowych i zwiększeniu retencji tych terenów. To też się chwali Lasom Państwowym.

Jeden z trzech zbiorników retencyjnych.

Stąd już niedaleko do Wołowca. Blisko wyjścia z lasu, po prawej stronie drogi można wypatrzeć gospodarstwo agroturystyczne „Chatka na Wołowcu”. Nieco dalej, w pobliżu drogi głównej znajduje się węzeł szlaków a obok stoi duża tablica poglądową z mapą „Śnieżnych Tras Przez Lasy”.

Po wyjściu na asfaltową na drogę skręcam w kierunku wschodnim, w dalszym ciągu idąc zgodnie ze znakami szlaku żółtego.

Mijając stare zabudowania Wołowca, z których większość znajduje się po lewej stronie drogi, docieram do mostu nad potokiem Mareszka. Przed mostem, na skraju drogi stoi węzeł szlaków narciarskich. Z mostu widoczne jest miejsce ujścia potoku Mareszka do Zawoi.

Ujście potoku Mareszka do Zawoi.

Za mostem znajduje się duży plac, który służy jako parking. Jest tu też niewielkie miejsce biwakowe. Obok placu, przy drodze stoi ciekawy, kamienny krzyż przydrożny z 1916 roku.

Po lewej stronie drogi, na wysokiej skarpie stoi drewniana cerkiew. Jeszcze kilka lat temu trudno ją było dostrzec z tego miejsca bo zasłaniały ją drzewa i krzaki.

Dawna cerkiew greckokatolicka, obecnie prawosławna w Wołowcu.

Jest to trójdzielna i orientowana cerkiew w stylu zachodniołemkowskim, z górującą nad babińcem wieżą. W szczytowej części wieży znajduje się pseudolatarnia nakryta łamanym, namiotowym dachem krytym gontem i zwieńczona metalowym krzyżem ustawionym na cebulastej kopule. Podobnie nawę i prezbiterium nakryto takimi dachami, nad którymi umieszczono niewielkie cebulaste kopuły zwieńczone metalowymi krzyżami.

Cerkiew w Wołowcu.

Cerkiew greckokatolicką p.w Opieki Matki Boskiej (Pokrow) zbudowano prawdopodobnie w XVIII wieku (nie zachowały się na ten temat żadne dokumenty pisane, ale podczas remontu w 1991 r. odnaleziono na nadprożu datę 1766). Do roku 1819 była cerkwią parafialną, kiedy to parafię przeniesiono do sąsiedniej wioski – Krzywej (Krywa). Ciekawostką w tamtym czasie było to, że paroch (proboszcz) mieszkał na plebanii w Wołowcu. W 1901 roku wybuchł spór pomiędzy mieszkańcami Wołowca a mieszkańcami Krzywej, Jasionki i Banicy o to gdzie miał mieszkać proboszcz. Taka sytuacja trwała blisko 30 lat. Dopiero w 1928, kiedy to po przejściu zdecydowanej większości mieszkańców Wołowca na prawosławie co miało miejsce w 1927 roku, paroch unicki zmuszony był do zamieszkania w Krzywej, gdzie wkrótce (1933 r.) wybudowano dla niego nową plebanię.

Wewnątrz świątyni znajduje ikonostas z XVIII wieku. Niestesty, nie jest on w całości oryginalny, gdyż po II wojnie światowej uległ zniszczeniu i rozkradzeniu. W tamtym czasie budynek niszczejącej cerkwi służył pasterzom wypasającym owce za schronienie dla zwierząt. Część zachowanych, oryginalnych ikon przechowywana była w łąńcuckim muzeum ikon. Na przełomie lat 50-tych i 60-tych XX wieku część Łemków powróciła z wysiedleń. Wtedy też cerkiew została przez nich przejęta i od 1962 roku zaczął się jej remont. Ikony zabezpieczone w łańcuckim muzeum zwrócono do cerkwi w Wołowcu, uzupełniając te brakujące innymi z muzealnych zbiorów. Kolejny, poważny remont cerkwi miał miejsce w latach 1990-91.

Niedokończona cerkiew prawosławna.

Na początku lat trzydziestych w Wołowcu musiano wybudować prowizoryczną kaplicę prawosławną (tzw. czasownię) ponieważ według umowy między tymi kościołami prawosławni nie mogli używać cerkwi unickiej. W 1938 r. rozpoczęto budowę nowej cerkwi prawosławnej w stylu huculskim. Miała ona przypominać cerkiew zbudowaną wcześniej w Gładyszowie. Wybuch wojny przerwał jednak tą budowę. Niedokończoną cerkiew prawosławną ostatecznie rozebrano po II wojnie światowej w 1955 roku, już po wysiedleniu stąd Łemków. Dzisiaj nie ma po niej żadnych śladów.

Cmentarz przycerkiewny.

Teren cerkwi otoczony jest ogrodzeniem nakrytym dwuspadowym, gontowym daszkiem. Obecnie po remoncie zarówno ogrodzenia jak i dwóch bramek wejściowych ogrodzenie to prezentuje się bardzo ładnie.

Stary cmentarz przy cerkwi – po remoncie.

Bezpośrednio przy wejściu do cerkwi stoi kamienna chrzcielnica i wysoki krzyż ustawiony z okazji 1000 lecia Chrztu Rusi. Od północy i wschodu z terenem cerkwi sąsiaduje przycerkiewny, stary cmentarz. Warto go sobie w spokoju obejrzeć bo jest tu kilka naprawdę pięknych krzyży nagrobnych, tym bardziej, że jest on obecnie bardzo zadbany.

Niedawno krzyże tego cmentarza remontowane były przez Stowarzyszenie Magurycz przy finansowym wsparciu organizacji Lemko Fundation z Kanady. Przy wejściu na teren cmentarza ustawiono kamienny obelisk z tablicą, która skutecznie o tym fakcie informuje.

W kierunku zachodnim, w odległości nieco ponad 200 metrów od cerkwi znajduje się nowszy cmentarz, na którym obecnie chowa się zmarłych. Jast na nim kilka dobrze zachowanych łemkowskich nagrobków jeszcze z początku XX wieku oraz przybywa – jak to w życiu bywa – coraz więcej świeżych grobów.

Nowy cmentarz w Wołowcu.

Obecnie cerkiew w Wołowcu należy do  Polskiego Autokefalicznego Kościóła Prawosławnego i jest cerkwią filialną dla parafii prawosławnej w Bartnem. Rzadko odbywają się w niej msze – głównie w ważniejsze święta oraz raz w miesiącu w okresie zimowym i dwa razy w miesiącu w okresie letnim. Cerkiew bywa udostępniona dla zwiedzających przez ok. dwie godziny w niedziele.

Przechadzka przez Wołowiec.

Nie pierwszy raz jestem w Wołowcu a to dlatego, że bardzo lubię to miejsce i jego okolice. Nigdy jednak nie przyjechałem do Wołowca samochodem. Zwykle przychodzę tu piechotą lub zimą na nartach śladowych, zdarzało mi się też dwukrotnie przyjeżdżać tu rowerem.

Wołowiec był już tematam kilku innych blogowych postówów gdzie pisałem już o jego powstaniu i historii więc jeśli ktoś jest zainteresowany tym tematem odsyłam tutaj.

Będąc przy cerkwi pomyślałem, żeby może pójść dalej nie jak wszyscy drogą ale obejść wioskę od góry skrajami lasu porastającego południowe stoki Mareszki. Akurat w tym momencie podeszła do mnie drobna, starsza i przygarbiona, miejscowa kobieta. Zacząłem z nią rozmawiać pytając, czy możliwe jest takie przejście. Odradziła mi mówiąc, że do granicy lasu sięgają prywatne pola i łąki więc lepiej tamtędy nie chodzić. Poza tym ze stoków Mareszki spływają liczne potoki, których przekraczanie o tej porze roku jest uciażliwe bo są gęsto porośnięte krzakami m.in. tarniny. Zaczęła mi się też użalać nad swoim losem pokazując złamaną jakiś czas temu rękę, która jej się źle zrosła i opowiadając jaka była tego przyczyna. Zrobiło mi się jej żal bo była też głodna. Podzieliłem się więc z nią swoimi kanapkami. Podziękowała grzecznie życząc mi przyjemnej wędrówki.

W dalszą drogę poszedłem więc jak wszyscy normalni – drogą, a dalej zgodnie z czerwonym szlakiem.

Dalsza moja drogą przebiegała doliną wzdłuż potoku Mareszka. To niewielki potok mający źródła na zachodnich stokach góry Mareszki (801 m n.p.m.). Przepływa on przez Wołowiec, gdzie w okolicy cerkwi wpada do Zawoi. To właśnie w dolinie tego potoku rozciągają się zabudowania tej niewielkiej obecnie wioski.

Jak to zwykle w łemkowskich wioskach bywa, tak i tutaj idąc przez wieś mijam sporo ładnych, przydrożnych krzyży. Najstarszy jaki widziałem pochodzi z roku 1878.

Spotkanie ze żmiją.

Wkrótce od drogi łączącej Wołowiec z Banicą i Pętną odgałęzia się szutrowa droga, w którą skręca czerwony szlak. Skręcam i ja wchodząc na most nad potokiem. Na środku tej drogi zauważam wygrzewającą się na słońcu piękną żmiję zygzakowatą. Starając się jej nie spłoszyć wyciągam aparat i ją fotografuję gdy ta zmierza spokojnie na skraj drogi aby ukryć się w wysokiej trawie.

W tym roku to już druga żmija spotkana w Beskidzie Niskim. Poprzednią, czarną żmiję spotkałem w lesie niedaleko potoku Lipna, powyżej nieistniejącej wioski o tej samej nazwie.

Za mostem, po prawej stronie drogi znajduje się Chatka u Kasi. To znane wśród turystów gospodarstwo agroturystyczne.

Chatka u Kasi.

Nie wstępując tam idę dalej szutrową drogą, która w dalszym ciągu prowadzi w górę potoku Mareszka. W ten sposób wchodzę w dawną, górną część Wołowca, która nie jest obecnie zamieszkała.

Zachowało się tu kilka starych, łemkowskich chyży.

Przy ostatnich zabudowaniach droga się kończy a czerwony szlak skręca pod kątem prostym w prawo. Na środku rozległej łąki stoi cokół zniszczonego krzyża. Podchodzę no niego aby go obejrzeć i ewentualnie odczytać datę. Wydaje mi się, że jest to rok 1896 ale pewności nie mam bo mimo, że jest wyryta to jest już bardzo słabo widoczna. 

Przy końcu drogi w pobliżu szlaku, kilka osób wypoczywa obok nowowybudowanego domku.

Trawers Mareszki.

Wąską ścieżynką, którą dalej prowadzą znaki czerwonego szlaku pieszego i niebieskiego narciarskiego rozpoczynam podejście na Mareszkę. Widać tu ślady ludzkich domostw, którymi są kępy zdziczałych drzew owocowych, stare fundamenty, piwniczki czy ziemianki. Wszystko to powoli wchłania las.

Po wspięciu się nieco wyżej mijam niewielkie polanki czy też większe prześwity między drzewami odwracając się wtedy aby sprawdzić czy coś więcej widać.

Niestety, widoki są rozczarowujace. Wkrótce wchodzę w stary, mieszany las, mijam stokówkę po czym teren łagodnieje.

Stąd zaczyna się trawers Mareszki. Mijam dwa potoczki, które tworzą potok Mareszkę. Nieco dalej, w punkcie węzłowym szlaku narciarskiego „Pod Mareszką” dołączają znaki narciarskiego szlaku czerwonego, którymi można dojść na szczyt Mareszki i dalej do cerkwi w Wołowcu. Narciarski szlak w kolorze niebieskim sprowadza zaś do Bacówki PTTK w Bartnem. Po dojściu do drogi leśnej Bartne – Banica skręcam w nią w lewo.

Droga ta, którą biegnie odcinek niebieskiego szlaku PTTK (Bartne, bacówka PTTK – Szalowa) prowadzi szerokim obniżeniem między Mareszką a Maguryczem Dużym.

Magurycz Duży (777 m n.p.m.).

Zwany też Wielkim a przez dawnych mieszkańców Bartnego i innych łemkowskich wiosek – Maguryczem Wysokim.

Jest najwyższym szczytem grzbietu wznoszącego się od dolinki, w której Małastówka wpada do Sękówki i poprzez Kornutę (677 m n.p.m.), Zawierszę (669 m n.p.m.) oraz Dziamerę (756 m n.p.m.) góruje właśnie w Maguryczu Dużym. Ten poprzez rozległe siodło łączy się z Mareszką (801 m n.p.m.) a ta z kolei, z głównym grzbietem Pasma Magury Wątkowskiej. Magurycz Duży wraz z Maguryczem Małym (698 m n.p.m.) tworzy niewielki masyw górujący nad doliną Bartnianki w górnej części Bartnego.

Cały masyw Magurycza porośnięty jest lasem i z obu jego wierzchołków nie ma żadnych widoków. Ma on jednak swoje tajemnice. Otóż na wschodnich, stromych stokach Magurycza Dużego działał ukryty dziś w gęstym lesie dawny kamieniołom. Eksploatacja kamieniołomu na większą skalę rozpoczęła się gdzieś około XVIII wieku. Następnie, poprzez cały XIX wiek oraz w pierwszej połowie XX wieku wydobywano tu ręcznymi sposobami bardzo dobry jakościowo kamień.

Inną atrakcją, ściśle związaną z tym kamieniołomem jest osuwisko i powstałe w jego wyniku niewielkie, wręcz małe, stawy osuwiskowe. To ostatnie wydarzenie miało miejsce w nocy z 14 na 15 września 1951 roku.

Do kamieniołomu najprościej dostać się niedawno wyznakowaną biało-zielonymi kwadratami ścieżką. Zaczyna się ona ok. 200 metrów na południe od miejsca, w którym od niebieskiego szlaku odgałęzia się na północ stokówka w stronę Bartnego. Właśnie tą ścieżką poszedłem do kamieniołomu.

Dawny kamieniołom.

Kamieniołom prezentuje się bardzo okazale. Ciągnie się równoleżnikowo, z południa na północ na długości – myślę, że tak na oko około 400 – 450 metrów. Podzielony jest na dwie główne części – wyrobisko południowe (dłuższe) i krótsze wyrobisko pónocne. Wysokość ścian eksploatacyjnych jest zróżnicowana. U ich podnuża znajduje się różnej szerokości niecka wyrobiska a za nią przeciwstok czyli masy górotworu przemieszczone w procesie osuwiskowym.

Od lewej – ściana wyrobiska, nisza, przeciwstok.

Trudno dziś określić przybliżoną datę powstania kamieniołomu pod Maguryczem Dużym. Prawdopodobnie wszystko zaczęło się w końcu XVII wieku. Przyczyną rozpoczęcia wydobywania tu kamienia musiało być oberwanie się i odsłonięcie wskutek osunięcia się ziemi piaskowcowych warstw.

Odsłonięty w taki sposób piaskowiec posiada znacznie większą twardość od tego wystawionego na działanie czynników erozyjnych – czyli działania wody, słońca, mrozu i powietrza. Doskonale nadawał się więc na brusy (kamienie młyńskie) i żarna, na które było wtedy duże zapotrzebowanie. Trzeba tu dodać, że kamień pozyskiwany wtedy z innych terenów Magury Watkowskiej czyli z Kornutów, z Cieklińskiego Lasu, na Mochnaczach i w Paszkowym Kącie był taki sam pod względem składu chemicznego. Różnił się jedynie cechami fizycznymi. Był drobnoziarnisty i miękki więc gorszej jakości, bo pozyskiwany z piaskowców wystających ponad powierzchnię ziemi a więc narażonych na długotrwałą erozję i wietrzenie. Lepiej też nadawał się na krzyże i rzeźby bo łatwiej poddawał się artystycznej obróbce.

Kilka słów o sposobach wydobywania materiałów skalnych w kamieniołomie.

Tradycyjne sposoby łamania piaskowca magurskiego stosowane przez łemkowskich kamieniarzy polegały na wykuwaniu wzdłuż uwarstwienia bloku skalnego szeregu otworów. W otwory te wbijano dębowe kołki a w nie metalowe kłyny (kliny) pobijane tzw. kijanem (dużym młotem). Często też drewno polewano wodą aby napęczniało i w konsekwencji rozłupywało skałę.


Aby zaoszczędzić sobie wysiłku transportowania dużego bloku skalnego do wsi, poddawano go dalszej obróbce. Specjalnym narzędziem nazywanym śpicem nadawano mu wymiary i formę zbliżoną do gotowego wyrobu. Ściągając kamienne bloki do wsi używano drewnianego włóka ciągnionego przez konia. W terenie o łagodnym spadku stoku używano wozu blokując jednak zwylke dwa lub trzy koła aby za bardzo się nie rozpędzać. Zimą do transportu używano sań.

Jedna z licznych ścian kamieniołomu.

W kamieniołomie pod Maguryczem odłupywanie piaskowcowych warstw było nieco ułatwione. Poziome warstwy piaskowca oddzielone były od siebie ławicami (warstwami) miękich łupków i margli. Usuwano je więc za pomocą długich stalowych sztang. Podcięte w taki sposób od dołu bloki piaskowca łatwiej dawały się odłupywać. Niepotrzebny materiał skalny i inne odpady po eksploatacji usuwane były z miejsc pozyskiwania piaskowca. Usypywano z nich stożki widoczne nawet do dziś.

Ruiny koliby i inskrypcja z datą – 1859.

Aby umożliwić wywóz pozyskiwanego materiału jak i odpadów z wyrobisk przekopywano przeciwstok tworząc specjalne tzw. Ułycie (Ulice) czyli swego rodzaju sztolnie. Pod Maguryczem było takich sztolni 13. Kamieniarze podczas złej pogody chronili się w prowizorycznych kolibach wykonywanych z kamiennych bloków. Wewnątrz było palenisko tak aby mogli się ogrzać.

Przy jednej z takich sztolni na kamieniu będącym pozostałością wewnętrznej ściany kamiennej koliby znajduje się napis: „Ułycia protiata” co znaczy „Ulica przecięta” oraz data 1859. Cyfra „1” w tej dacie oznaczała kamieniarza Stefana Felenczaka, szefa jednej ze spółek kamieniarskich. To on był też autorem tej inskrypcji.

Ściana północnej części wyrobiska.

Osuwisko pod Maguryczem Dużym

Pozyskiwanie kamienia trwało do połowy roku 1947 kiedy to skutecznie wysiedlono mieszkańców Bartnego i okolicznych wiosek Łemkowszczyzny. W połowie września 1951 roku doszło do osunięcia się zbocza góry pod wyrobiskiem nieczynnego już od 4 lat kamieniołomu. W jego wyniku powstały istniejące do dziś niewielkie stawy osuwiskowe.

Podczas tej wędrówki nie schodziłem już w dół poniżej kamieniołomu po to aby nie tracić wysokości. Kilka lat wcześniej ale zimą dotarłem do tego osuwiska na nartach śladowych – jednak inną drogą. Stawów niestety nie widziałem gdyż zasypane były grubą warstwą śniegu. Z pewnością będę musiał się tu wybrać kiedyś jeszcze raz. W planach na ten dzień miałem jeszcze wejście na wierzchołek Magurycza Dużego. Opuściłem więc teren kamieniołomu doszedłwszy wcześniej do jego północnego krańca.

Wielopniowy buk na wierzchołku Magurycza Dużego (777 m n. p. m).

Stamtąd bez żadnej drogi tylko bezpośrednio przez las wspiąłem się na szczyt. Wierzchołek jest całkowicie porośnięty drzewami, więc o widokach trzeba zapomnieć. Wprawdzie jest tu – po zachodniej stronie wierzchołka niewielka polanka czy raczej poręba jednak wysokie, okoliczne drzewa wszystko przesłaniają. Rosną tu gdzieniegdzie buki wielopniowe świadczące o tym, że dawniej łemkowscy pasterze wypasali tutaj swoje zwierzęta hodowlane.

Trawersem Pętnej Góry do Banicy.

Z Magurycza Dużego schodzę słabo widoczną w terenie leśnym, zarastającą, dawną drogą. W końcu droga zanika więc staram się utrzymywać kierunek w stronę przełączki pod Maguryczem Małym. Docieram na przełęcz gdzie spotykam znaki szlaku żółtego. Po chwili mijam rozległy skład bukowego drewna pozyskanego z okolicznych lasów.

Żółtym szlakiem idę do skrzyżowania ze szlakiem narciarskim (niebieskim), którym podążam dalej trawersując od wschodniej strony Pętną Górę. Nieco niżej szlak narciarski skręcał z leśnej drogi i przez las wyprowadzał na Banicką Górę. Ktoś jednak niedawno wykupił ten teren (na skraju lasu stoi już nowy domek) i szlak przeznakowano prowadząc go dalej stokówką. Ja jednak idę dalej starym szlakiem. Po wyjściu z lasu otwierają się ładne widoki na południe.

Widok z południowych stoków Pętnej Góry na Beskid Niski.

Na łąkach zaś wśród wysokich traw zauważam wiele kwitnących storczyków i parkę bocianów, które jednak szybko odlatują. Schodzę do drogi w miejscu węzła szlaków i stamtąd zaczynam iść znów żłotym szlakiem do Banicy.

Przechadzka przez Banicę.

Odcinek żółtego szlaku prowadzi teraz wąską ścieżką wzdłuż Banickiego potoku. To w tych okolicach (ale po obu stronach potoku należy szukać śladów dawnej zabudowy tej niewielkiej, łemkowskiej wioski. Już po kilkudziesięciu metrach przez gęste krzaki widać stary, drewniany dom. To tzw. Chata Wróbla. Aby go lepiej zobaczyć trzeba by pójść z drugiej strony potoku.

Wąska ścieżka wije się dalej wśród bujnej roślinności. Przeważnie rosną tu wierzby i olchy. Również na drugim brzegu potoku znajduje się miejsce po dawnej czasowni prawosławnej (niewielkiej cerkiewce) zbudowanej w 1933 roku. Nie przetrwała ona jednak do naszych czasów. Mocno zniszczona zawaliła się ostatecznie w roku 1981. Do dziś śladem po jej istnieniu są resztki wykonanej z blachy cebulastej bani, wieńczącej dach tej cerkwi.

Zniszczona kopuła prawosławnej „czasowni” w Banicy.

W pewnej odległości (ok. stu metrów na południowy-wschód) od cerkwiska, na skraju lasu znajduje się niewiekki cmentarz prawosławny. Tym razem też do niego nie podchodzę bo leży po drugiej stronie potoku. Wkrótce ścieżka przeistacza się w gruntową drogę a szlak wyprowadza na otwarty teren.

Dołączają tu znaki czerwonego, łącznikowego szlaku narciarskiego. Widać też zabudowania Gościńca Banica oraz piaskowcowy cokół zniszczonego krzyża.

Cokół zniszczonego krzyża w Banicy.

Na wzniesieniu po przwej stronie znajduje sią zabytkowy cmentarz z I wojny światowej nr 62 – Banica. Podchodzę do niego aby zrobić kilka zdjęć.

Administracyjnie to cmentarz należący do I Okręgu Cmentarnego – Nowy Żmigród, którego kierownikiem artystycznym był słowacki architekt Dušan Jurkovič. Po remontach przeprowadzonych w latach 2006 -08 cmentarz prezentuje się bardzo ładnie.

Wracam do szlaku i mijając Gościniec Banica pozdrawiam wypoczywających przy jego obejściu wczasowiczów.

Gościniec Banica.
Pomnik zestrzelonych lotników.

To już końcówka mojej dzisiejszej wędrówki. Do czekającego na mnie samochodu pozostało zaledwie kilkaset metrów. Wcześniej jednak podchodzę do ogrodzonego pomnika upamiętniającego zestrzelonych tutaj podczas II wojny światowej polskich lotników – załogę samolotu Halifax II FS – P. Znajduje się on przy drodze na skraju lasu pomiędzy Banicą a Krzywą. Tragedia ta miała miejsce 28 sierpnia 1944 roku a całe zdarzenie dokładniej opisałem w tym blogowym artykule.

Na zakończenie – jak to zwylke starając się udokumentować przebieg trasy – zamieszczam ślad swojej wędrówki.

Podczas pracy nad swoim artykułem posiłkowałem się opracowaniem p. Tadeusza Łopatkiewicza: „Zaplecze surowcowe ludowego ośrodka kamieniarskiego w Bartnem na Łemkowszczyźnie Środkowej”.

Opracowanie, tekst i zdjęcia – Antoni Noga.

5 1 vote
Article Rating

Powiązane zdjęcia:

Subscribe
Powiadom o
guest

2 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Wiesława
Wiesława
3 miesięcy temu

Panie Antoni piękna majowa wycieczka. Zdjęcia rozbudzają moją tęsknotę za majem za wędrówkami Teraz zimą to nie to! Cieszę się że krytykanci bloga odstąpili i cisza tu teraz. Pozdrawiam