Wędrówki górskie, rowerowe wyprawy, backcountry, podróże.

Piwane, Pstrążne i wodospady w zlewni  potoku Wołosiec.

Niepozorna, niewysoka i porośnięta lasem góra Piwane (551 m n.p.m.) nad Ropicą Górną (Ruską), skrywa kilka tajemnic. Są nimi skały i kamienie pokryte rytami sprzed wieku oraz coś, co przypomina tajemniczy zegar słoneczny widniejący na jednej ze skał. Z przeciwnej, wschodniej strony tej góry, z północy na południe ciągnie się niewielka wąska dolina. Zamknięta jest ona od północy  Wierszkiem (561 m n.p.m.), od wschodu stokami Męcińskiej Góry (679 m n.p.m.) a od południowego wschodu Wierszokiem (522 m n.p.m.) Opada ona wraz z płynącym jej dnem potokiem Strusznik do obniżenia, w którym płynie Sękówka, a ma to miejsce w okolicy wsi Dragaszów. W tej to dolinie do 1947 roku istniała niewielka, łemkowska wioska Pstrążne (łem. Pstrużne). W Dragaszowie, ale z przeciwnej strony, Sękówkę zasila też inny potok. Jest nim mający duży spadek, wypływający z północnych stoków Dziamery – potok zwany Wołosiec. Na Wołośćcu i jego kilku dopływach utworzyły się liczne kaskady i kilka całkiem wysokich – jak na Beskid Niski – wodospadów. Te właśnie ciekawe i intrygujące miejsca są głównym tematem, i celem mojej kolejnej wędrówki w Beskidzie Niskim, w jego części należącej do Pasma Magurskiego. Nie prowadzą do nich żadne znakowane szlaki turystyczne przez co rzadko bywają odwiedzane. Oprócz tych interesujących miejsc odwiedziłem też dwa zabytkowe cmentarze z I wojny światowej będące świadectwem krwawych i zaciętych walk jakie toczyły się w tym rejonie w czasie tzw. Operacji Gorlickiej.

Koniec marca, kiedy nie ma już śniegu a jeszcze nie pojawiły się liście na drzewach, to dobry czas na poszukiwanie  ukrytych gdzieś w lasach ciekawostek związanych z przeszłością. Od jakiegoś czasu obiecywałem sobie, że wybiorę się na spenetrowanie niepozornej góry Piwane w poszukiwaniu kamieni z wyrytymi napisami i symbolami. Czytałem gdzieś kiedyś o tych kamieniach i chciałem zobaczyć je na własne oczy.

Widok na dawną cerkiew greckokatolicką w Ropicy Górnej (dawnej Ruskiej).

Korzystając z wolnego dnia i ze sprzyjającej pogody namówiłem koleżankę na taką wędrówkę. Chętnie się zgodziła więc przygotowaliśmy niezbędne rzeczy, siedliśmy w samochód i pojechaliśmy przez Gorlice do Ropicy Górnej. Tam obok dawnej cerkwi greckokatolickiej zostawiliśmy samochód i ruszyliśmy na poszukiwania. W założeniu mieliśmy odnaleźć te kamienie, następnie przejść przez dawną, wysiedloną łemkowską wioskę Pstrążne, położoną w uroczej i zacisznej dolinie. Później podejść w górę potoku Wołosiec aby tam poszukać wodospadów i kaskad, zarówno na tym potoku jaki na jego dopływach. Trudno było przewidzieć ile czasu nam to zajmie więc, w miarę rozwoju sytuacji i ilości pozostałego czasu, mieliśmy później zdecydować gdzie jeszcze podejść, i co zobaczyć.

Piwane (551 m n.p.m.).

To niewysoki szczyt wznoszący się na wschód od Ropicy Górnej, zwanej dawniej Ruską (po łemkowsku Ropycia). Porośnięty jest prawie w całości lasem, jedynie stoki opadające w stronę Ropicy w niewielu miejscach są odkryte. W czasach, kiedy gospodarowali tu i żyli Łemkowie Piwane było praktycznie dość dużym pastwiskiem. Po wysiedleniu stąd Łemków stopniowo i skutecznie w ciągu kilkudziesięciu lat porosło lasem. Gdzieniegdzie w obecnym lesie można jeszcze natknąć się na stare ponad wiekowe buki pastwiskowe. Jest ich jednak coraz mniej bo te najstarsze skutecznie są wycinane.

Po przyjeździe do Ropicy Górnej zostawiliśmy samochód na parkingu między dawną cerkwią a cmentarzem. Wędrówkę zaczęliśmy od podejścia polną droga biegnącą obok cmentarza – tego nowego – bo jest tu też stary cmentarz łemkowski, który usytuowany jest za strumieniem, nieco na północ od cerkwi.

Stoki Kornuty i Brusów. Pomiędzy nimi, w głębi wschodnie stoki wału Magury Małastowskiej.

Zachodnie stoki góry Piwane są jednym z niewielu miejsc nad Ropicą, z których można spojrzeć na otaczające wieś góry.

Brusy (594 m n.p.m.) nad Ropicą Górną – widok z podejścia na Piwane.

Powyżej, już za granicą lasu, mijamy szlaban za którym skręcamy w drogę leśną, odchodzącą w prawo. Po krótkim marszu dochodzimy do rozwidlenia dróg leśnych gdzie wybieramy tą prowadzącą w kierunku wschodnim. Mijamy kilka dużych mrowisk – jedno z nich jest naprawdę okazałe, zbudowane przez mrówki wokół specjalnie do tego celu ustawionego trójnogu z drewnianych palików. Jest przez to wyższe i stabilniejsze.

Tam, gdzie teren zaczyna wznosić się stromiej, opuszczamy leśną drogę idąc wprost w kierunku szczytu wypatrując pośród pni drzew skał i większych kamieni.

Mijamy duży pień pozostały po ściętym, starym buku wielopniowym (świadczącym, że było tu kiedyś pastwisko) po czym dostrzegamy grupę dość dużych skał. Jedna z nich jest właśnie tą szukaną przez nas. To na niej znajdują się tajemnicze, ponad stuletnie ryty naskalne.

Grupa skał pośród której znajduje się ta z rytami.

Skała z tajemniczymi rytami pod szczytem góry Piwane.

Jedna z największych znajdujących się tu skał, o stosunkowo płaskiej i gładkiej powierzchni, pokryta jest różnymi napisami, datami i symbolami religijnymi. Jest też na niej tajemniczy okrąg przypominający tarczę zegara – ale po kolei …

Skała pod szczytem, na której wyryte są napisy, daty i krzyże oraz prymitywny zegar słoneczny.

Napisy wyryte na powierzchni tej skały z czasem stają się coraz mniej wyraźne z powodu erozji. Powoli zarasta je też mech, który jednak bywa co jakiś czas usuwany przez odwiedzających. Część z tych napisów i symboli prawdopodobnie mogli wykonać pasterze rusińscy wypasający tu bydło i owce. Można tu odnaleźć wykute różnej wielkości krzyże prawosławne i łacińskie na postumentach czy cokołach.

Są tu daty (1913, 1914), imiona (Wania i Katrena) oraz różne napisy (niektóre trudne już do odczytania) wyryte cyrylicą, czy raczej grażdanką. Niektóre ryty porósł już mech i aby je zobaczyć trzeba go usunąć.

Najwyraźniejszy napis tyczy się tematu Wielkiej Wojny: “ТУ БИВА ВОЙНА АВСТРО-РОСИЙСКА 1914/1…” (ostatniej cyfry brakuje – z pewnością miała to być to cyfra 5, bo wtedy trwały tu zacięte walki w czasie Operacji Gorlickiej). Napis ten w tłumaczeniu znaczy: “Tu była wojna austriacko-rosyjska 1914/1…” – być może został wykonany przez jakiegoś żołnierza armii rosyjskiej ale nie Rosjanina bo on napisałby to po rosyjsku. Może Ukraińca ale najpewniej miejscowego Łemka, być może sympatyzującego z żołnierzami armii rosyjskiej, którzy mogli tu stacjonować przez jakiś czas. O pobycie tu żołnierzy świadczą ślady okopów, które można jeszcze dziś odnaleźć poniżej, na zachodnich stokach tej góry, gdzieś pośród lasu. Także cmentarze z I wojny światowej, których w okolicy nie brakuje. W samej tylko gminie Sękowa jest ich 22.

Napis wyryty prawdopodobnie w 1915 roku – w tłumaczeniu “Tu była wojna austriacko-rosyjska 1914/1… (5)”.

Na bocznej, południowo zachodniej ścianie tej skały znajduje się wykuta niewielka prostokątna wnęka o głębokości około 4 cm. Nie wiadomo jakie było jej przeznaczenie. Przypuszcza się, że mogła służyć jako oprawa jakiejś ikonki czy innego symbolu religijnego a wtedy kamień ten mógłby być wykorzystywany jako polowy ołtarzyk dla wojska (?) Czy może jako coś w rodzaju kapliczki, przy której modlili się pasterze albo rosyjscy żołnierze – wszak na skale wyrytych jest kilka krzyży. Jak było naprawdę? – trudno dziś dociec.

Wykuty w skale zegar słoneczny.

Na tej samej skale, w jej północno-wschodnim krańcu, wykuty jest dziwny okrąg wyglądający jak tarcza zegara. Podzielony jest na 12 równych części, z których jedna, wystająca nieco poza okrąg wskazuje kierunek północny. Jest on więc zorientowany (sprawdzałem to kompasem). Pośrodku znajduje się wykuty otwór, zapewne na umieszczenie w nim czegoś w rodzaju gnomona (np. patyka), którego cień przesuwa się w kierunku przeciwnym do pozornego ruchu słońca. Poza tym okręgiem znajduje się drugi, podobny otwór. Na pewno nie jest to typowy zegar słoneczny bo takie zegary wyglądają inaczej – od biedy jednak mógłby wskazywać upływający czas.

Północno-wschodni kraniec skały.

Na jednym z internetowych forum znalazłem dyskusję na temat tego miejsca i spór czy aby jest to zegar słoneczny – czy nie.

“Zegar słoneczny” (?) – orientowany wg stron świata (strzałka wskazuje północ) z wykutym otworem w środku. Wyżej znajduje się drugi otwór.

Nie mnie to rozstrzygać ale wiem, że na świecie istnieją tzw. słoneczne zegary równikowe, gdzie taka jak tu tarcza doskonale się sprawdza. Podobne zegary istnieją ponoć w Łącku i słowackim Bardejowie. Ponadto wiem od jednego Pana, że dawno temu ojciec jego babci, a więc jego pradziad, wykonał taki zegar obok swojego domu.

Na sąsiedniej skale leżącej na południowy zachód od głównego kamienia także znajdują się wyryte znaki. Te jednak wyrył ktoś nam bardziej współczesny, pewno inspirując się starymi rytami. Jest tam data “17 VI 79” i inicjały “T + S” – być może jakiejś pary, która tu spędzała czas???

Współczesne ryty, z końca lat 70-tych XX wieku.
Grupa interesujących skał – Widok z zachodniego stoku góry Piwane.

W niewielkiej odległości od grupy skał z napisami można natknąć się na kilka innych, ale mniejszych skałek. Jedna z takich mniejszych grupek tworzy kilka stopni schodków, u dołu których leży większy, porośnięty mchem owalny kamień.

Kulminacja Piwanego i samotny kamień z krzyżem.

Po obejrzeniu skały z rytami kierujemy się na południowy wschód do kolejnej ciekawostki, która ma znajdować się gdzieś tutaj, na zachodnim stoku Piwanego. Nie znajdujemy jej od razu bo ma to być niewielki kamień i trudno go wypatrzyć wśród drzew. Wchodzimy więc na szczyt upstrzony mnóstwem omszonych kamieni. Dawniej stał tu trianguł ale dziś nie ma już po nim śladu – jest tylko granitowy słupek geodezyjny. Na południowy wschód od wierzchołka rozciąga się dość długi, wąski jar upstrzony sterczącymi głazami i wypełniony rumoszem skalnym. Rodzi się pytanie: Czy jest naturalny, czy może są tu pozostałości okopów?

Ponieważ jest tu bardzo ładnie więc decydujemy się spędzić tu trochę czasu, napić się czegoś, coś zjeść, zrobić kilka zdjęć.

Porośnięte mchami skały na szczycie Piwane.

Przeglądając mapy zastanawiamy się jak trafić do samotnego kamienia z wykutym krzyżem. Najlepiej będzie rozdzielić się i schodząc zachodnim stokiem w dół uważnie obserwować teren.

Tak też robimy i to mnie pierwszemu udaje się natknąć na ów kamień. Nie jest on duży – ma ok 70 cm wysokości i na płaskiej, bocznej ścianie wykuty jest krzyż. Nad ramieniem krzyża widnieją inicjały “M.” i “O.” a pod spodem data “1913”. Jak się później okaże – patrząc na mapę – kamień ten znajduje się na dokładnie na linii: Skała z rytami – wierzchołek Piwane, w odległości 150 około m od wierzchołka.

Samotny ostaniec skalny z wykutym krzyżem, inicjałami “M.” i “O.” oraz datą “1913”.

Pozostało nam do odnalezienia jeszcze jedno ekscytujące miejsce tej tajemniczej góry. Ale gdzie go szukać? – takie oto nasuwa się pytanie.

Skała z tryzubem i rysunkiem sylwetki człowieka.

Podobnie jak poprzednio wychodzimy znów na kulminację i rozdzielając się schodzimy w dół. Zaczynamy od kierunku północno-wschodniego ale bez powodzenia.

Omszona skała z naturalnym rysunkiem na jednym ze zboczy szczytu Piwane.

Później szukamy w kierunku północno zachodnim od szczytu i też nic. Dopiero idąc dość wyraźną drogą leśną w kierunku północnym prowadzącą przez widny o tej porze roku bukowy las, zauważam po lewej stronie w oddali grupę niewielkich kamieni porośniętych mchem. Podchodzę tam i trafiam na kamień z wyrytym napisem. Wołam więc koleżankę, szukającą kamieni w innym miejscu, która po chwili podchodzi tutaj.

Znajdujące się tu kamienie nie są ani duże, ani wysokie więc trudno było je wypatrzeć. Na jednym z większych znajduje się data 1933 i Tryzub (symbol Ukrainy) oraz za tryzubem litera “У” co można uznać za inicjał słowa Ukraina (Україна).

Omszony kamień z datą 1933 i tryzubem.

Na ukośnej, bocznej ściance tego samego kamienia wyryty jest wizerunek postaci człowieka. Jest on stosunkowo mały i na dodatek częściowo porośnięty mchem więc trudno go od razu dostrzec.

Na innym, leżącym niedaleko kamieniu mamy wyryty napis “Хай жие Украина” co z kolei można przetłumaczyć “Niechaj żyje Ukraina”.

“Хай жие Украина” – co można przetłumaczyć “Niech żyje Ukraina”.

Skąd tu takie symbole ukraińskie? Przełom wieku XIX i XX oraz okres międzywojenny to czas kiedy Łemkowie poszukiwali swojej tożsamości narodowej. Część z nich, ta która była wyznania greckokatolickiego utożsamiała się z Ukrainą. Z kolei ci wyznania prawosławnego sympatyzowali z Rosjanami.

Na pozostałych kamieniach nie ma już żadnych rytów. Znaleźliśmy już wszystko to czego tu szukaliśmy więc spokojnie możemy kontynuować dalej naszą wędrówkę. Tak się składa, że jesteśmy blisko leśnej drogi, którą można się dostać do górnego krańca wsi Pstrążne. Drogą tą idziemy jeszcze chwilę na północ by później, na przełaj przez las wyjść na otwarty teren. Sięga tu koniec wąskiej dolinki, którą wyżłobiły wody spływającego na południe potoku zwanego Strusznik.

Pstrążne.

W tej to niewielkiej ale urokliwej dolinie w połowie XIV wieki powstała mała wioska nazywana wtedy Strusznik. Nazwa prawdopodobnie pochodzi od słowa Stróżna, które to słowo oznaczało strażnicę. Potem, od XVII wieku kiedy powtórnie była lokowana ale już na prawie wołoskim, zaczęła się pojawiać jej przekręcona nazwa Pstrążne (łem. Pstrużne). Do czasu wysiedleń Pstrążne, podobnie jak i sąsiednie Bodaki było przysiółkiem większej Przegoniny. Po wysiedleniach stąd Łemków w 1947 roku, w opuszczonej wsi zaczęli pojawiać się osiedleńcy. Później powróciło część Łemków. Dziś Pstrążne jest niewielkim przysiółkiem sąsiednich Bodaków, podobnie jak i większa przed wojną od Bodaków – Przegonina.

Górna, niezamieszkała część wsi Pstrążne – w tle Hola (660 m n.p.m.).

Górna część wsi dziś jest pusta i niezamieszkała. O tym, że dawniej były tu domy świadczą liczne, zdziczałe już jabłonie, pojedyncze grusze czy śliwowe sady.

Dopiero w okolicach pierwszego, przydrożnego krzyża i nieco powyżej kapliczki znajduje się pierwsze domostwo. Tam też spotykamy najpierw podbiegające do nas dwa psy a potem ich właściciela, który opowiada, że bardzo upodobał sobie to miejsce. Za rozległą polaną i strumykiem na zachodnich stokach Męcińskiej Góry pasie się spore stadko kóz.

Przechadzka przez wieś.

Poniżej, za tym samym strumieniem stoi przydrożny krzyż. Przedzieram się przez chaszcze i strumień powyżej, którego biegnie polna, utwardzona droga. Za nią bardzo ładnie odnowiony krzyż z 1897 roku a na nim inskrypcja sławiąca Boga.

Około 100 metrów niżej droga ta łączy się z tą, którą wcześniej szliśmy. Przy łączeniu się tych dróg stoi murowana z kamienia, otynkowana i pobielona, dość duża kapliczka domkowa. Nakryta jest gontowym dachem, zwieńczonym dwoma kutymi krzyżami typu wschodniego. Większy z nich stoi na niewielkiej cebulastej bani.

Wewnątrz znajduje się ołtarzyk a nad nim ikona pisana bodajże na drewnianej lub pilśniowej płycie. Po jej bokach wiszą mniejsze obrazy.

Niecałe 200 metrów od kapliczki pojawiają się pierwsze, drewniane, stare budynki i odtąd praktycznie zaczyna się zabudowa Pstrążnego.

Droga przez wieś.

Życie toczy się tu normalnie ale widać też, że spokojnie. Mijamy bawiące się małe dzieci pod opieką rodzica, z którym chwilę rozmawiamy. Dalej dwie dziewczynki jeżdżące na rowerach, jakaś kobieta krzątająca się obok domu i inna nieco dalej grabiąca zniszczony trawnik po zimie. Obok bawi się grupka dzieciaków…

Pstrążne,

Po prawej stronie drogi, wśród drzew znajduje się stary łemkowski cmentarz otoczony drewnianym ogrodzeniem. Zachował się tutaj tylko jeden odnowiony obecnie, więc w dobrym stanie, krzyż nagrobny z jednoramiennym żeliwnym krzyżem na piaskowcowym cokole. Widnieje na nim wyryta data 1890. Obok krzyża wyraźnie wystają ponad poziom gruntu ślady ziemnych mogił. Obecnie, za bramką wejściową cmentarza obok drzew stoi widoczny z daleka, wysoki drewniany krzyż.

W środkowej i dolnej części Pstrążnego wśród starych drewnianych budynków widać dużo nowo zbudowanych, murowanych domów. Droga, którą idziemy wije się zgodnie z biegiem potoku Strusznik.

Po jej obu stronach spotykamy kolejne przydrożne krzyże: Pierwszy, z lewej strony drogi na skarpie obok domu pochodzi z 1891 roku.

Drugi nieco dalej ale już z prawej strony tej drogi. To bardzo piękny, w całości wykonany z kamienia krzyż, z misternie wyrzeźbioną figurką Chrystusa na krzyżu i pięknym reliefem Matki Boskiej z Dzieciątkiem we wnęce cokołu. Niestety nie ma na nim żadnej daty ani też nikogo w okolicy, kto mógłby udzielić jakichkolwiek informacji o nim.

Potok Strusznik.
Odnowiona, dobrze utrzymana i zadbana chyża – ozdoba Pstrążnego.

Dolna część wsi nie wygląda niestety na zadbaną:

Sękówka.

Niepostrzeżenie doszliśmy do mostu nad potokiem, za którym droga ostro skręca w lewo. Tutaj mijamy ostatnie zabudowania Pstrążnego i kolejny mostek. Z tego miejsca widać ujście potoku Strusznik do Sękówki.

Ujście potoku.
Ujście potoku Strusznik do Sękówki.

Widać stąd również duży, nowy most nad Sękówką i drogę z Bartnego do Ropicy. Tu droga z Pstrążnego osiąga swój kres a my przechodzimy przez most na Sękówce i kierujemy się na zachód wzdłuż tej rzeki.

Nowy most nad Sękówką.

Na lewym brzegu Sękówki znajdują się zabudowania niewielkiego przysiółku Ropicy Górnej – Dragaszowa.

Warto tu wspomnieć o Sękówce, ważnym, prawym dopływie rzeki Ropy, bo związanych jest z nią kilka ciekawostek.

Obecnie ma ona na całej długości dwie nazwy. Od źródeł znajdujących się na południowo wschodnich stokach Wątkowej aż do ujścia do niej potoku Dragaszówka w Bodakach (w okolicach Osuwiska Czartoryja), nazywana jest Bartnianką. Od Bodaków, aż do jej ujścia do Ropy, co ma miejsce w Gorlicach, nazywana jest Sękówką. Niektórzy geografowie uważają, że Bartnianka płynie nieco dalej i dopiero w Dragoszowie, przy ujściu do niej potoku Wołosiec zmienia nazwę na Sękówkę.

Progi skalne na Sękówce.

Dawniej ta rzeka nazywała się Ropicą, zapewne od zdrobnienia nazwy rzeki Ropy, od której jest krótsza i którą zasila. Od dawnej nazwy rzeki z kolei wywodzi się nazwa wsi Ropica zwanej Ruską a przez Łemków Ropycią (obecnie, od roku 1949 – Ropicą Górną). Sękówka ma długość 24 km i przepływa jako Bartnianka przez Bartne, Przegoninę i Bodaki, skąd już jako Sękówka płynie przez Dragaszów, Ropicę Górną, Sękową i Siary, za którymi wpada do Ropy, już w Gorlicach.

Dragaszów.

Nazwa miejscowości Dragaszów wywodzi się od imienia Dragosław bądź Dragomir. Łemkowie nazywali wioskę Dragosiw. W XIX wieku kiedy stała się przysiółkiem Ropicy Ruskiej występuje w zapiskach jako Dragonów lub też Wólka Dragonów.

Położona jest w dolinie przy ujściu potoku Wołosiec do Sękówki. Od północnego zachodu i północy dolinę zamykają południowe stoki góry Piwane (551 m n.p.m.) a od północy i północnego wschodu góra Wierszok (552 m n.p.m.). Z kolei od południowego wschodu górują nad nią stoki Holi (660 m n.p.m.) a dalej od południa po zachód opadające stromo stoki Kornuty (677 m n.p.m.).

Do XVIII wieku Dragaszów, jak i wiele innych miejscowości starostwa bieckiego należał do rodziny Stadnickich. Po pierwszym rozbiorze hrabia Wilhelm Siemieński wykupił od rządu austriackiego kilka okolicznych włości w tym także Dragaszów, który przekazał swojemu synowi Stanisławowi i jego żonie Petroneli. W XIX właściciele Bartnego – Walewscy – mieli tu swój dwór.

Obecnie Dragaszów jest przysiółkiem Ropicy Górnej. Około 400 metrów od mostu na Sękówce od głównej drogi odgałęzia się droga do wsi. Skręcamy w nią idąc początkowo w kierunku wschodnim. Mijamy przydrożny krzyż żeliwny z 1898 roku, stojący na żółto pomalowanym cokole z wykutym, trójramiennym krzyżem.

Jest on już mocno pochylony i stoi pomiędzy świerkiem a modrzewiem. Dochodząc do pierwszych zabudowań wsi skręcamy za drogą na południe. Wkrótce zabudowania się kończą.

Dragaszów.

Kończy się też asfalt a zaczyna las, w który wprowadza nas droga. Pojawia się szlaban – otwarty – a za nim duży plac. Dalej, z lewej strony dochodzi inna droga łącząca się tu z tą, którą idziemy.

Po lewej stronie mamy już potok Wołosiec, który tu płynie bliżej drogi. Nieco dalej, przed mostkiem na niewielkim potoku, w prawo odchodzi kolejna droga.

Wodospady na lewym dopływie Wołośćca

Skręcamy w nią, po czym droga ta skręca na północ ale my idziemy dalej wąską dróżką powyżej strumienia, prowadzącą na zachód. Podejście robi się coraz bardziej strome. Obok, z lewej strony, cały czas mamy głęboko wcięty i stromy jar potoku. Nieco wyżej, po prawej stronie mijamy sporo omszonych głazów o ciekawych i fantazyjnych kształtach i różnej wielkości.

Wychodnia skalna przy ścieżce prowadzącej do wodospadów.

Będą one ciągnąć się wzdłuż dróżki jeszcze kilkadziesiąt metrów. Stromizna narasta, równocześnie jar potoku staje się coraz głębszy i V-kształtny.

Pojawiają się liczne kaskady i słychać już ich szum ale do wodospadów musimy podejść jeszcze wyżej.

Na bardzo stromym brzegu potoku rośnie sporo młodych, zaledwie kilkuletnich buczków, które same się tu zasiały i przesłaniają widoczność. Zresztą, za nimi jest tak stromo, że dna strumienia nie widać. Idziemy więc dalej nasłuchując szumu spadającej wody. Tam, gdzie staje się on głośniejszy – mamy pewność, że doszliśmy do pierwszego wodospadu. Od drogi znad potoku Wołosiec do tego miejsca będzie jakieś 400 metrów.

Żeby zobaczyć wodospad trzeba przedrzeć się przez bukowe samosiejki i bardzo ostrożnie – bo jest tu stromo i ślisko – zejść niżej. Najlepiej oprzeć się o pień dużego drzewa i spokojnie wyjąć aparat i robić zdjęcia.

Pierwszy z wodospadów.

Koleżanka idzie wyżej a ja zostaję tutaj i szukam lepszych stanowisk do fotografowania.

Wychodzę wyżej, mijam dość wysoką kaskadę i wchodzę jeszcze wyżej skąd widzę wysoki dwukondygnacyjny wodospad. Znów ostrożnie szukam dobrych stanowisk, robię kilka zdjęć i widzę, że lepsze stanowiska byłyby po drugiej stronie potoku. Schodzę więc niżej i przeskakuję potok w dogodnym miejscu aby po drugiej stronie znaleźć korzystne miejsca. Znajduję kilka takich i robię zdjęcia.

Później wchodzę na górę, nad próg skalny skąd spada woda. Jest tam dogodne przejście na drugą stronę, gdzie weszła już koleżanka i która z tamtej strony oglądała wodospady.

Muszę przyznać, że wodospady te, tak na mnie jaki i na koleżance, zrobiły duże wrażenie – większe niż się spodziewaliśmy. Naprawdę warto było tu podejść i pokonać wszystkie trudności.

Aby nie wracać tą samą drogą proponuję żeby schodzić w dół strumienia po tej stronie, po której ja jestem. Nie ma tu wprawdzie żadnej drogi ale przejście bukowym lasem nie nastręcza większych trudności – może poza stromiznami.

Dopiero ostatnie 100 metrów staje się trudne do przejścia bo rośnie tu mnóstwo młodych jodeł. Omijamy je więc schodząc w jar, gdzie przechodzimy przez potok na drugą stronę do drogi, którą wcześniej podchodziliśmy.

W górę Wołośćca.

Stąd mamy już tylko kilkadziesiąt metrów do drogi głównej, gdzie skręcamy na południe. Dalej podchodzimy drogą leśną w górę Wołośćca, który płynie z naszej lewej strony. Na tym odcinku Wołośćca nie ma żadnych wodospadów pojawiają się za to większe lub mniejsze kaskady ale nie schodzimy do nich gdyż potok jest tu bardzo głęboko wcięty w dolinę a brzeg porastają gęste chaszcze i zarośla. Idąc dalej z prawej strony spływa, klucząc po kamiennych progach i między korzeniami drzew, niewielki potoczek. Ma on duży spadek więc powinny być tam również jakieś wodospadziki a na pewno mnóstwo kaskad. Nie wchodzimy tam jednak bo nie jest on obfity w wodę a stromizny, i porastające brzegi gęste zarośla nie wyglądają zachęcająco.

Droga jest tu błotnista i czasem lepiej jest iść jej poboczem. Wznosi się stopniowo wiec spadek płynącego w dół Wołośćca jest duży. Co jakiś czas słychać spływającą po kaskadach wodę. W pewnym miejscu schodzę do kilku większych kaskad aby je sfotografować.

Potok Wołosiec w środkowym biegu.

W końcu dochodzimy do mostu, pod którym przepływa Wołosiec. Tu, po naszej lewej stronie, spływa dość obfity w wodę potok zasilający Wołosiec. Z mostu wyraźnie widać w oddali wysoki próg skalny, z którego spływa woda. Podchodzimy tam bo to też jeden z najatrakcyjniejszych wodospadów w zlewni Wołośćca. Z bliska wyraźnie widać stromizny wokół tego wodospadu i wysokie jodły, które tutaj rosną.

Zastanawia mnie jak mocne muszą mieć korzenie skoro utrzymały się w tych warunkach przez ładnych kilkadziesiąt lat.

Wodospad na jednym z dopływów potoku Wołosiec.

Poniżej wodospadu jest niewysoka kaskada, za nią duże kamienie a za nimi leży szkielet jelenia. Może padł tutaj i został objedzony przez padlinożerców a może zapędziły go tu wilki i to one tu ucztowały? Trudno dzisiaj powiedzieć bo woda zdążyła już zatrzeć ślady – pozostał jedynie szkielet. W czaszce nie ma już grandli bo pewno jakiś myśliwy lub ktoś, kto zna się na rzeczy zajął się nimi odpowiednio.

Szkielet jelenia.

Kolejne wodospady na Wołośćcu i jego dopływie.

Wyżej nie ma po co się wspinać bo teren wydaje się tam dość paski więc na kolejne wodospady nie ma co liczyć. Wracam do mostu i tu zatrzymuję się aby sfotografować pojawiające się już pierwsze lepiężniki.

Z mostu widać kolejny wodospad – tym razem na Wołośćcu, płynącym tutaj z drugiej strony drogi. Wołosiec niesie więcej wody więc i wodospad mimo, że niewysoki wygląda dość imponująco.

Odgłos jaki wydaje spadająca woda też – jak na beskidzkie warunki oczywiście 😉 – robi wrażenie.

Podchodzimy jeszcze kilkaset metrów wyżej i tam przysiadamy na kłodach drzewa aby odpocząć i coś zjeść. Także aby naradzić się co dalej robimy bo czasu już niewiele nam zostało.

Plan na powrót i spotkanie w drodze.

Przeglądając mapę nie widzimy już na niej zaznaczonych wyżej żadnych wodospadów. Kaskad z pewnością będzie jeszcze wiele ale pora zrobiła się już późna więc czas pomyśleć o powrocie. Wcześniej mieliśmy zamiar aby po zwiedzeniu wodospadów wyjść na grzbiet gdzieś pomiędzy Dziamerą a Zawierszą, do odcinka szlaku narciarskiego “Śnieżne Trasy Przez Lasy”. Potem przez Zawierszę oraz Kornutę zejść do Małastowa a stamtąd do Ropicy. Jak się okazało zbyt wiele czasu poświęciliśmy na szukanie kamieni na górze Piwane, na przejście przez Pstrążne oraz w poszukiwaniu wodospadów. Skutkiem tego musimy zrezygnować z przejścia grzbietem Zawierszy i Kornuty bo za mało zostało na to czasu. Pozostaje więc wrócić do Dragaszowa tą samą drogą. W drodze do Ropicy wstąpimy jeszcze na dwa zabytkowe cmentarze z I wojny światowej.

Cóż, wracamy więc – jeszcze tylko ostatnie spojrzenia na mijane wodospady i płynący potok Wołosiec.

Wodospad na Wołośćcu.

W czasie powrotu spotykamy około 35-letniego faceta, który pyta nas o wodospady i jak do nich trafić. Opowiada, że jest tu w delegacji, nocleg znalazł w agroturystyce, gdzie powiedziano mu o tutejszych atrakcjach więc wybrał się na wieczorny spacer. W czasie rozmowy okazało się, że jest Ukraińcem pracującym na Śląsku w Gliwicach a tu przyjechał w sprawach służbowych. Bardzo dobrze mówi po Polsku ale wschodni akcent zdradza, że jest cudzoziemcem. Pomagamy mu oczywiście i podpowiadamy jak do kilku z nich trafić.

Przy wyjściu z lasu szlaban jest już zamknięty a obok, na skraju drogi stoi służbowy samochód owego młodzieńca. Przechodząc przez wieś widzimy dużo więcej krzątających się obok domów ludzi niż poprzednio. Kolejny etap wędrówki zapowiada się najmniej ciekawie bo prowadzić ma asfaltową drogą – i taki też się okazał. Na szczęście nie był to długi odcinek bo liczył niespełna 1,5 km.

Cmentarz nr 67 – Ropica Ruska (Dragaszów).

Cmentarz z I wojny światowej nr 67 – Ropica Ruska.

Po lewej stronie drogi do Ropicy Górnej, za podmokłym terenem i na skraju rozległego stoku porośniętego trawą, znajduje się cmentarz z I wojny światowej. Jest to zabytkowy cmentarz nr 67 – Ropica Ruska zaprojektowany na planie prostokąta przez Hansa Mayra. Otoczony jest solidnym murem wykonanym z kamienia ciosanego. Centralnym elementem cmentarza jest posadowiony na kamiennym cokole, wykonanym podobnie jak ogrodzenie z ciosanego kamienia, wysoki drewniany krzyż zwieńczony półokręgiem. W 7 grobach zbiorowych oraz 2 pojedynczych pochowano tu 83 żołnierzy armii austro-węgierskiej, w większości narodowości czeskiej.

Ciekawostką jest grób Czecha – Josefa Prochazki, na nagrobku którego umieszczone jest z jego zdjęcie. Zadbali o to potomkowie jego rodziny, którzy oprócz zdjęcia zamontowali na szczycie krzyża wykonaną z mosiężnej blachy czapkę. Ma ona obecnie szarozielonkawy odcień bo blacha zdążyła już pokryć się śniedzią. Nagrobek ten znajduje się po lewej stronie zaraz za bramką wejściową cmentarza i można na nim odczytać daty urodzenia oraz śmierci.

Inną ciekawostką jest fakt, że na tablicy informacyjnej opisującej cmentarz znajduje się niewłaściwy numer cmentarza. Powinien być oznaczony numerem 67 a tu widnieje numer 68. Numer 68 należy do cmentarza, który znajduje się niedaleko stąd, po drugiej stronie drogi Gorlice – Konieczna. Pomyłka ta wynika z tego, że dawno temu autorzy opisu cmentarzy Broch i Hauptmann prawidłowo opisali ich położenie w terenie ale ktoś na mapie oznaczył je błędnie (pomylił chyba strony świata). Skutki tej pomyłki ciągną się więc poprzez lata w zależności, od tego, kto jakim źródłem przy opisach się posługuje.

Mostek nad Małastowskim Potokiem.

Opuszczamy cmentarz i już po chwili dochodzimy do drogi krajowej nr 977 Gorlice – Konieczna. Po drugiej stronie tej drogi płynie Małastowski Potok (dopływ Sękówki), nad którym znajduje się nietypowy i ciekawy żelbetonowy mostek. Zbudowali go Austriacy w czasie gdy na stokach sąsiedniej góry Brusy powstawał cmentarz wojenny. Działo się to po ciężkich walkach rozgrywających się tu w czasie Operacji Gorlickiej – czyli w 1915 roku.

Zabytkowy mostek nad Małastowskim Potokiem z czasów budowy cmentarza nr 68 – Ropica Ruska (Górna).

Mostek zachował się do dzisiejszych czasów. Można jeszcze bezpiecznie po nim przechodzić mimo, że widać już odpryski betonu i wystające zbrojenia ale jak długo to potrwa – nie wiadomo. Przydałby się jakiś remont – jednak taki aby mostek ten zachował swój kształt i charakter bo jest ozdobą tutejszego krajobrazu. Robimy oczywiście sporo zdjęć bo nie wiadomo jaka będzie przyszłość tego mostku.

Mostkiem tym przechodzimy na drugą stronę Małastowskiego Potoku (zwanego też Małastówką) gdzie opadają wschodnie stoki Brusów. Zaczyna się tu dość strome podejście leśną ścieżką do cmentarza. Oznakowane ono jest (jak większość dojść do cmentarzy z Wielkiej Wojny)) specjalnym dojściowym szlakiem cmentarnym. Znak tego szlaku ma kształt małego kwadratu, podzielonego przekątną na dwa trójkąty – czarny i biały.

Cmentarz nr 68 – Ropica Ruska (Górna).

Cmentarz z I wojny światowej na wschodnim stoku góry Brusy.

Zbudowany na wschodnim, stromym stoku góry Brusy opadającym tu w dolinę Małastówki. Powstał na planie dwóch przylegających do siebie prostokątów (większego i mniejszego) według projektu austriackiego architekta Hansa Mayra , głównego architekta i kierownika artystycznego cmentarzy w Okręgu III – “Gorlice”.

Cmentarz ten otoczony jest monumentalnym ogrodzeniem z kamienia ciosanego. Dwie, boczne ściany ogrodzenia opadają tarasowo zgodnie z nachyleniem stoku.

Przy górnej części ogrodzenia znajduje się zbudowany również z ciosanych kamieni pomnik w kształcie steli. Niestety we wnęce brakuje tablicy inskrypcyjne, podobnie zresztą jak na cmentarzu nr 67. Nad wnęką, u szczytu pomnika przymocowany metalowymi obejmami drewniany krzyż. Przez środek cmentarza biegnie brukowana z kamieni dróżka, dzieląca pole grobowe na dwie części. Pośrodku dróżki wstawione są schodki łączące dwa poziome tarasy. W 13 mogiłach zbiorowych i 4 grobach pojedynczych pochowano 58 żołnierzy armii austro-węgierskiej i 52 armii rosyjskiej. W dolnej części ogrodzenia znajdowała się drewniana bramka – obecnie jej szczątki oparte są o kamienny mur.

Obok leśnej ścieżki sprowadzającej z cmentarza pojawiają się już pierwsze, nieśmiało zakwitające żywce gruczołowate.

Po obejrzeniu cmentarza tą sama ścieżką schodzimy w dół i mostkiem nad Małastowskim Potokiem przechodzimy na jego prawy brzeg. Kilkaset metrów niżej tuż, za mostem nad Sękówką uchodzi do niej Małastowski Potok.

Ujście Małastowskiego Potoku do Sękówki.

Zostało nam już tylko przejście przez górną część Ropicy Górnej co nie zajmuje już dużo czasu. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy pięknej, kamiennej figurce stojącej po lewej stronie drogi z Gorlic do Koniecznej. Na cokole da się odczytać datę jej powstania – 1885. Z odczytaniem fundatorów jest już problem – czas i erozja zrobiły swoje mimo, że figurka wydaję się być odrestaurowana.

Obok niej stoi wystawiony w 2000 rok drewniany krzyż – zapewne millenijny. W drewnianej podstawie tego krzyża wyżłobione sa pionowe napisy – z lewej w j. łemkowskim a z prawej w j. polskim. Ich znaczenie jest takie samo (“zmiłuj się nad nami”).

Stąd widać już wieżyczki dawnej cerkwi greckokatolickiej przy której zostawiliśmy samochód. Na koniec robimy kilka zdjęć pięknej cerkwi.

Dawna cerkiew greckokatolicka św. Michała Archanioła. Data powstania dokładnie nie jest znana, przypuszczalnie zbudowano ją w 1813 lub 1819 roku.

Niestety jest ona już dzisiaj zamknięta ale kilka lat temu byłem w jej wnętrzu, mam zdjęcia i kiedyś pewno o niej napiszę. Przy cerkwi kończymy dzisiejszą, jakże ciekawą pieszą wędrówkę. Po drugiej stronie drogi na parkingu czeka na nas samochód.

Przebieg trasy opisanej tu wędrówki.

Tekst, opracowanie i zdjęcia – Antoni Noga.

5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Newest
Oldest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Paweł
Paweł
5 miesięcy temu

No tak!
Czasu nie zmitrężyłeś przygotowując się do wycieczki, biorąc w niej udział i trud w opisanie tej pieszej wędrówki ponosząc.
Urokliwe miejsca … super wypatrzone i zaprezentowane, to coś co moją uwagę przyciąga.

Dołączam na odległość do będących pod wrażeniem wodospadów i kaskad.
Urokliwy mostek nad potokiem Małastowskim, nastrój jego zdjęć i malarskość tego miejsca trącą (że zaszaleję) impresjonizmem 😉

Ratujmy Normalność!Słyszę teraz z radia.
Ty to właśnie robisz.

Antoni
5 miesięcy temu
Reply to  Paweł

Dziękuję Paweł.
Miło mi, że tak – chociaż “na odległość” – uczstniczysz w wycieczce oglądając to co tam po drodze chcę pokazać. Warto przed wyjściem w nieznany teren zainteresować się co tam ciekawego można spotkać w okolicach i tak zaplanować trasę aby do takich miejsc po drodze dotrzeć. Już samo poszukiwanie bywa ekscytujące a odnalezienie tego w trudnym najczęściej terenie daje ogromną satysfakcję. Potem opisywanie tego tak aby podzielić się wrażeniami i kogoś zainteresować tematem to sedno prowadzenia bloga. Dziękuję, że to dostrzegasz i doceniasz 😃.

Wiesława
Wiesława
5 miesięcy temu
Reply to  Antoni

W nawiązaniu do tej normalności o której Paweł pisze, to właśnie tego określenia mi brakowało w relacji do tego co pokazujesz i piszesz.Tereny nie zdziwaczałe przez nowoczesną architekturę,bez zbędnej ingerencji człowieka.Coś co powstaje,jest i kończy swój żywot.Normalność!!!!
Normalność człowieka,to już osobny temat;)
Pozdrawiam,szczęścia w terenie życzę.